sobota, 12 marca 2011

3 DNI

W mojej głowie myśli nieposkładane, 
od paru dni nie mogę się skupić.

[Chocolate Cappucino, Caramel Frappucino, ciacho cynamonowe i czekoladowy krążek, 2 milki, beza machiatto, to węglowodanowy rachunek sumienia. 
Mam nadzieje, że to przez semestr z Niemca.]

Zastanawiałam się nad moją hierarchią wartości, co się zmieniło od czasu bycia dzieckiem. Co dziwne, moje priorytety są wciąż takie same. Co raz wyraźniej widzę swoją przyszłość. Myślę, że moim idolem, tak mniej więcej od roku jest Jack London. Na jego biografię "Żeglarz na Koniu" Irvinga Stone'a, trafiłam w trochę niezwyczajnych okolicznościach, czytałam tę książę na konkurs, który już drugi rok z rzędu przegrałam. Do trzech razy sztuka jak to się mówi...

Jego życie nie było usłane różami, poniekąd jak i moje. Ale i tak nie mogę się porównywać. Jego rodzina nigdy nie potrafiła się obchodzić z pieniędzmi, szczególnie matka Jack'a. Przez to od najmłodszych lat musiał pracować fizycznie, w wielkich zakładach produkcyjnych, kopalniach, hutach. Tak bardzo cenił intelektualną pracę. Za wszelką cenę chciał wypracować swój styl i dokonał tego, chociaż przez wiele lat nie wiodło mu się. Był wyśmiewany. Nie poddawał się, pomimo tego, że większość doby spędzał na fizycznej pracy, posiadał siłę wewnętrznej motywacji, dzięki której tworzył opowiadania, książki, które wysyłał do różnych gazet i wydawnictw, które konsekwentnie odrzucały jego prace. Musiał pracować fizycznie, inaczej jego rodzina nie miałaby za co żyć.

Czasem nie mógł wytrzymać w murach swego portowego miasteczka. Wtedy wymykał się z domu i żeglował, rozprawiał o życiu z marynarzami. O tajemniczych krainach, które wtedy nie mieściły się w jego głowie, ale z czasem stały mu się całkiem bliskie. Próbował też gorączki złota, wszystko to by móc spokojnie żyć i tworzyć.

Po przeczytaniu tej książki doszłam do wniosku, że mogę wszystko, sukces zależy tylko od tego jak bardzo tego chcę.

Dobra, ale jak to się ma do kultury rockowej. Co z Kasabianem, Sex Pistols, Happysad i innymi zespołami o dosyć destrukcyjnych poglądach? Dlaczego ich teksty i muzyka tak mi odpowiadają...
Niby Kasabian nawiązuje do beatników, a Jack London wydaje mi się mimo wszystko ma wiele z nimi wspólnego, też się włóczył po Ameryce, tylko że pociągiem lub żaglówką. To jednak pod względem dogmatów widać tu znaczące rozbieżności. Gdzie jest ta granica pomiędzy normalnością a skrajnością? Jak uznając tak wiele można utworzyć właściwy kręgosłup moralny?

Cóż, pora na kolejną czekoladę...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz