sobota, 27 sierpnia 2011

"LOOSE YOURSELF"

Wydaje się, iż to takie proste. Większość z nas sądzi, że w wakacje wypełniła ową misję. Imprezy, alkohol nie kończą się z dniem rozpoczęcia roku szkolnego. Z jednej strony zatracając się, z drugiej prześlizgujemy się przez karierę szkolną a następnie zawodową. Po drodze viksa goni viksę. Powody są różne (od urodzin, po zakończenie/rozpoczęcie roku lub też zwykły wypad na działkę). Nie namawiam do abstynencji, broń boże! Pragnę jedynie zastanowić się nad samą definicją wyluzowania i wzięcia życia w swoją własną kontrolę. Ona powinna dawać satysfakcję. Odlot alkoholowy lub też narkotykowy nie jest już fenomenem. Sądzę że nawet mógłby z czasem odejść do lamusa. Dlaczego?

Zachłysnąć się życiem to zupełnie inna sprawa niż przeżyć nawet najgłębszy odlot. Chemia mózgowa do której jeszcze tak niedawno namawiałam na prawdę działa. Wczorajsze rozkminy zaprowadziły do kolejnego porównania do fejsowego/kwejkowego przekonania, że w domu samemu tańczymy najlepiej. Bo potrafimy się zatracić. W naszych marzeniach i wyobrażeniach własnego ja. Stajemy się tym o kim myślimy, co jeśli nie do końca myślimy? Lub, o zgrozo, boimy się myśleć? Wpadamy właśnie w trans, w którym nie wiemy gdzie to właściwe zatracenie się znajduje.

Dziś rano włączyłam CNN, by wysłuchać wiadomości ze świata. Trafiłam na wywiad z mężczyzną który opisał "Surfers code", jego własny przewodnik po życiu. Motywacją do napisania książki była utrata syna i rola miłości w jego wyjściu z załamania. Powiedział jedną sprawę, która wydaje mi się bezwzględnie uniwersalna. Po owym załamaniu non-stop zadawał sobie pytania: Co jeśli? Co jeśli? Co jeśli? Gdy przestał to robić, ból zaczął znikać.
Jest to dość drastyczny przykład, jednak śmiem twierdzić iż wielu z nas zadaje sobie takie pytania nawet bez tragedii w życiu. Odpowiedzi wówczas są nie dość, że nie motywują to jeszcze skupiają nas na błędnych ścieżkach w życiu. Jedynym sposobem do prawdziwego odlotu życia, jest zostanie szczęśliwym. To coś powinno uczynić nasze życie takim, że po obejrzeniu fantastycznego filmu z zapałem wrócimy do naszego życia.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Viva la Vida


"Z życiem jest jak z fotografią. Tworzysz w swej głowie ustawienia, tak jak w aparacie ustawiasz przesłonę i czas naświetlania. Te informacje, które przejdą przez to sitko są przez ciebie wyselekcjonowane niczym fotony przechodzące przez obiektyw by trafić na kliszę.
Pamiętaj, że jak na zdjęcia możesz różnie patrzeć tak i przeszłość w twym umyśle może wywoływać różne uczucia."
J.K.


środa, 3 sierpnia 2011

cognosce te ipsum

POZNAJ SAMEGO SIEBIE

Wróciłam do domu i nie byłam w stanie zbyt wiele napisać. Moja pierwsza połowa wakacji była (pomimo ścisłego zaplanowania) bardzo zaskakująca. Nie chodzi tu o techniczną stronę (chociaż i tam pojawiły się drobne obsunięcia). Rejs Pogorią odmienił moje życie. Różne wnioski męczą moją głowę. Jeśli zamknie się grupę ludzi na dłuższy czas na żaglowcu o długości 40 metrów a jest nas więcej w sumie niż tej długości (46 załogantów plus 7 os załogi stałej). To dziać się mogą różne rzeczy. I owszem działy się. Pewne myśli nawet zaszły w stronę gimnazjalnej powieści noblisty Williama Goldinga, Władca Much. I w sumie nie wiem kim jestem.
Załoga jako jedność to piękna sprawa, jednak co się dzieje jeżeli pewne jednostki wprowadzają zamęt? W każdym przypadku jest identycznie. Władza to cholernie ciężka sprawa. Cui bono? Wolę nie myśleć, że nie ma sposobu na uzdrowienie ludzkości. W związku z moimi przemyśleniami pojawił się pomysł na przyszłość, póki co nie będę go zdradzać, jest piękny, narodził się na molo w Gardnie Małym. To sprawiło, że czuję się przeszczęśliwa.

Kiepsko, że dopiero teraz piszę - powody to brak internetu i głowy. Moim zdaniem podróże nie tylko kształcą ale też mieszają w głowie. Czasem z tej mieszanki wychodzi coś niezwykłego, mi dały niesamowitą siłę. Wiąże się to poniekąd z tym stanem umysłu o którym pisałam w jednym z poprzednich postów.


To właśnie wnętrze człowieka stanowi największą i nieskazitelną wartość, pozwala żyć. Wydarzenia z mojego życia są przykładem na to, że w życiu nie wolno się poddawać. Marzenia to to, czego będę się kurczowo trzymać.

Jak najłatwiej to zrobić?

Niepowodzenia pojawiają się każdego dnia, ale bez nich sukces nie ma smaku. Wypisz na kartce 10 marzeń które przyjdą Ci do głowy, wybierz 3 najważniejsze, które by Cię uszczęśliwiły (nie zastanawiaj się nad ich realnością) i zapisz co trzeba zrobić by je osiągnąć. To będzie TWOJA instrukcja obsługi życia. Będziesz wówczas należał do 3% społeczeństwa które ma swój cel. Działaj zgodnie z tą instrukcją. Nic z tego, że jest ona różna od tej rodziców, znajomych. Każdy z nas jest różny więc i różną instrukcje posiada.
To na prawdę działa.


Właściwie to nie ma sposobu na życie, każdy model męczy. Z każdym nowym pomysłem jest o wiele prościej. Być może to gadanie typowe dla osiemnastolatka, ale jednak zrozumiałam jedno: oczekiwanie nie ma sensu. Oczekując na swoje osiemnaste urodziny wyczekiwałam jakiejś wielkiej zmiany, w dniu urodzin poza schematycznymi punktami nie było nic więcej. Można było to zwalić na cokolwiek. W gruncie rzeczy to był dzień jak każdy inny. Wciąż nie byłam w stanie rozstrzygnąć, czy jestem już dorosła. Teraz wiem, że nie w tym rzecz. Owszem teraz łatwiej kupić alkohol, można decydować o swoim losie, jednak wszystko tkwi w kręgosłupie moralnym. Kształtuje się go przez całe życie.

Żeglarstwo daje niesamowitą możliwość do poznania praktycznie każdej dziedziny życia. Od strony technicznej po tę mentalną. Każdy jacht, wypływając w rejs jest małym światem. Łączy się tam instynkt przeżycia z poczuciem przygody. Wszystkie sprawy dookoła, włącznie z dniami tygodnia, świętami i pracą stają się mało istotne. Niezwykła lekcja odpowiedzialności- gdy chwytasz za ster czy też asekurujesz kogoś, doświadczasz na żywo, iż teoria to nie wszystko. Wracasz, a wszystko wydaje się takie nieistotne i proste, chcesz znowu stanąć na granicy, zaufać i wypłynąć na wielką wodę.