środa, 16 maja 2012

Z rozmyślań przy kolacji


Matury, matury, jak dla mnie test jak każdy inny. Niektórzy nawet pokusili się o stwierdzenie iż trudniejsze pisaliśmy w szkole. No ale w końcu to egzamin dojrzałości. Coś dla nas znaczy. Jedynie niepokoi mnie, że ich poziom jest tak niski, a tak niewielu osiąga 100%. Z czego to wynika? Po pierwsze ta atmosfera niebezpieczeństwa, zabierany telefon, odczytywane procedury, ciągłe przypominanie o zasadach. No ale idzie przywyknąć. Poza tym będąc w dobrych szkołach już wcześniej pisaliśmy co najmniej jedną taką maturę, więc zaskoczenia nie powinno być. I nie ma, ale gdzie te wyniki?

Problemem jest proces edukacji. Niewielki procent uczniów uczy się z dnia na dzień. Mają wewnętrzną motywację. Jeśli jednak tej motywacji nie ma, to od pierwszego dnia w szkole entuzjazm stygnie. Warto coś wiedzieć, ale w sumie to i bez tego można się obyć, są ciekawsze rzeczy do poznania. 
Odwołując się do wypowiedzi Kena Robinsona, twierdzę iż obecny system edukacji nie przygotowuje młodych ludzi do życia w XXI-wiecznym świecie informacji. Oczywiście moi przeciwnicy mogą z łatwością powiedzieć, że tak zawsze było. Ale czy zawsze tak być musi? Po co tracić tak wiele dni życia na robienie mało realnych zadań, które nie wzbogacają umysłu a wprowadzają w zamieszanie? Jeżeli chodzi o świat w którym obecnie żyjemy to zagrożenia są mniej przewidywalne niż kiedykolwiek. By im sprostać musimy się właściwie rozwijać. Wbrew pozorom nie są nimi ani szkolni nauczyciele, ani samochody na ulicy, żaden złodziej czy przeciwnik. Dzisiejszym niebezpieczeństwem jest nieświadomość wartości życia ludzkiego.

Żyjąc w krajach rozwiniętych nie zdajemy sobie sprawy z tego jakie mamy szczęście. Możemy się uczyć, nie musimy przemierzać ogromnych odległości na pieszo czy rowerem. Większość nas dopiero w wieku ponad czterdzieści lat będzie żegnać swych rodziców. Jak wiele dzieciaków nie ma takiego przywileju? Jak wielu z naszych rówieśników w Afryce czy Indiach nawet nie dożyje tego wieku, nie mówiąc o ich rodzicach? Mam świadomość tego że niektórym zawsze nam będzie mało. Ale co jeśli paradoksalnie, ten człowiek, bez iPada, samochodu i mieszkania w wielkim mieście może być szczęśliwym? Co jeśli posiadanie jakiejkolwiek rzeczy nie powinno mieć dla nas większego znaczenia? Prawdziwą wartość stanowi umysł, rodzina, kultura ojczyzny.

Dziś przypomniała mi się służba na Pogorii. Niby normalka, sprzątanie, gotowanie. Ale jednak zanim tam pojechałam sądziłam, że to nie robota dla mnie. Po to mi edukacja, by takich rzeczy w przyszłości nie musieć robić. Moje miejsce jest gdzieś na wyższym szczeblu edukacji, w bardziej "cywilizowanych warunkach". Ale zrozumiałam, że to tylko wytwór mojego umysłu, który chciałby przez całe życie pozostawać w sferze bezpieczeństwa. Z wielkich filmów słyszymy, że człowiek jest taki jak otoczenie które stworzył, że wiedza równa się odpowiedzialność. Ale co to znaczy? Moim zdaniem, każdy kto otrzymał na tym świecie przywilej do zdobycia mądrości jednocześnie staje się odpowiedzialnym za świat. Bo gdy obchodzi go co dzieje się z ludźmi w jego otoczeniu, automatycznie to otoczenie staje się lepsze, a on staje się szczęśliwszy. Nie dzięki temu co posiadł, a temu co oddał.

No właśnie, wiedza równa się odpowiedzialność. Teoretycznie szkoła to miejsce pełne wiedzy, albo tak kiedyś było i teraz nam się tylko wydaje. Wiedza to nie gra na słówka, rywalizacja o lepszą ocenę, średnią czy wynik na teście. To świadomość siebie i świata dookoła. Dzięki niej można walczyć z największym wrogiem człowieka-konformizmem. To on nie pozwala zgłosić się do odpowiedzi, wyrazić swojej opinii czy też spytać o nieścisłość. Właśnie ta bariera konformizmu, powinna być tępiona. Zapuszcza swe korzenie już w szkole podstawowej, gimnazjum, liceum i daje swe owoce na uczelni gdzie dystans między mentorem a uczniem (bo taka relacja daje jedynie efekty) staje się ogromny.

Im bliższa więź nauczyciela z uczniem tym lepiej, będę bronić tej tezy, choć liczba jej zwolenników maleje z dnia na dzień. Obecnie narzucany sposób uczenia jest najmniej efektywnym. Mówi jedna strona, druga przeważnie nie może dyskutować, a ma notować. Wiadomości formują się w umyśle dopiero gdy przetworzy on ją na swój język. I to dokonuje się podczas zwyczajnej rozmowy z przyjacielem, która często pomimo swej późnej godziny lepiej pozostaje w głowie. Ostatnio przeczytałam bardzo dobry przykład. Co gdyby zmienić egzamin na prawo jazdy, na taki który sprawdza jedynie pisemnie znajomość budowy samochodu, techniki jazdy i prawo drogowe? Czy spokojnie wyjeżdżalibyśmy na ulice? Zarówno dialog jak i praktyka są konieczne, nie w wieku 20 lat, a już od najmłodszych lat. Nie tylko w świecie rówieśników, ale również pomiędzy pokoleniami. Bez zrozumienia tego, szkoły wciąż będą produkować sfrustrowanych życiem, szarpanych namiętnościami  pracowników korporacji, zamiast otwierać umysły na rozwój który prowadzi do postępu technologicznego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz